Ostatnie tygodnie mijają mi pod znakiem intensywnego pisania, czytania i pilnowania licznych terminów. Stąd właśnie moja chwilowa nieobecność na blogu. Co prawda jeszcze przez jakiś czas będę w trybie "mam tyle do zrobienia, że nawet nie wiem od czego zacząć", ale w końcu blog również jest dla mnie ważny, więc mam zamiar częściej uwzględniać go w moim napiętym grafiku.
Jak na złość mój organizm nic sobie chyba nie robi z tego, że mam tyle na głowie, bo właśnie się rozchorowałam... Jak już nie mam siły, żeby pracować, to chociaż napiszę post, którym miałam zająć się jutro ;-)
Dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję pewnego kosmetyku marki Bielenda.
Jak wielokrotnie powtarzałam uwielbiam tę markę. W swojej ofercie posiada naprawdę rewelacyjne produkty, które już wielokrotnie zaskakiwały mnie swoim działaniem. Ponadto jest ona chyba najintensywniej rozwijającą się marką na naszym rynku. Kolejne serie powstają w takim tempie, że ledwo daję radę za tym wszystkim nadążyć ;-)
Ostatnio kupiłam dużo kosmetyków tej marki. Są one nowością w jej ofercie i wzbudzają moją ogromną ciekawość. Dlatego właśnie tak ciężko było mi wybrać co kupić... A jak ja nie mogę się zdecydować, to na ogół biorę wszystko ;-P
Kosmetyki te mam zamiar pokazać Wam niedługo w osobnym wpisie. Tak wiele się ich uzbierało, że postanowiłam zrobić haul poświęcony jednej marce :-)
Tymczasem dzisiejsza recenzja będzie dotyczyć kosmetyku, który kupiłam jeszcze w zeszłym roku.
Maski z serii
Botanic Formula pokazywałam Wam w
grudniowym poście zakupowym.
Na temat właśnie jednej z nich chciałabym Wam teraz opowiedzieć :-)